Czas odgarnąć pajęczyny z mojego bloga. Nie pisałam ostatnio wcale i w ogóle mało się udzielałam w mediach socjalnych. A to wszystko dlatego, moi Mili, że/iż pochłonęła mnie praca. Gdy już odśpiewałam refren piosenki „Think” Arethy Franklin, gasząc kaganek oświaty, przyszedł czas na nowe wyzwania. I tak oto z nauczycielki stałam się autorką/redaktorką. Zajmowały mnie teksty, komponenty, markdown, a to wszystko podczas współtworzenia podręcznika z języka polskiego w wersji on-line. Potem przeżyłam szok, wskakując w odmęty projektu, w którym miałam zająć się przybliżaniem nowych technologii dzieciom. I tak oto wkroczyłam w świat sztucznej inteligencji, robotyki i druku 3D właśnie. Było to bardzo pouczające i rozwijające doświadczenie. Zrozumiałam, że za czas jakiś ludzie będą wykonywać zawody, które jeszcze nie istnieją. Albo w ogóle nie będą potrzebni…
Do tej pory myślałam, że zawody tzw. humanistyczne będą nie do zastąpienia, a działalność człowieka w tym względzie nie do podrobienia. Cóż… Proste (przynajmniej w użytku) aplikacje tworzą oryginalne i niepowtarzalne dzieła sztuki, utwory muzyczne, piszą różnorodne, logiczne i spójne teksty. Niesamowite! Z jednej strony jestem zachwycona, testując programy oparte na sztucznych sieciach neuronowych, a z drugiej przeraża mnie ten postęp, który i tak relatywnie jest niewielki w porównaniu z możliwościami, jakie stwarza AI.
Ilustracjami do dzisiejszego wpisu niechaj będą moje wyroby biżuteryjne (i nie tylko) powstałe na drukarce 3D, skoro już w tytule wpisu go zawarłam 😉
Nie, nie jest to zdjęcie, jakich wiele w stylu „Odpoczywamy”. Nie jest to też reklama moich, skądinąd, czaderskich kultowych laczków i domowej stylówy. To, proszę Państwa, ważne zdjęcie, dokumentujące przełom. Oto pierwszy raz moja kocia Księżniczka, położyła mi się na nogach. Sama, ze swojej jaśniepańskiej, nieprzymuszonej niczym woli! Kociarze znają temat i wiedzą, jakie właśnie spotkało mnie wyróżnienie. Boli mnie już wszystko, od pleców począwszy, na zdrętwiałych nogach skończywszy. Ale tylko prawdziwy kociarz zna zasadę: jak kot słodko leży – ani drgnij!
Taki wpis widnieje na blogu fejsbukowym. Hehehe!
Psiarze i kociarze od zarania dziejów stoją w opozycji względem oczekiwań wobec swoich zwierząt domowych. – Kocham w psach to, że jego reakcje są czytelne, spontaniczne i szczere – rzecze psiarz i doda – Pies słucha swojego pana, kocha go bezwarunkowo, pójdzie za nim w ogień. Wszystko fajnie. Tylko, czy nie brzmi to trochę jak definicja sługi? Czy nie wynika z tego, że my, ludzie, lubimy być panami wszystkiego, górować? Lubimy, gdy ktoś jest od nas zależny, usługuje nam? Jeśli tak, to, czy nie brzmi to kiepsko; czy nie świadczy o nas niezbyt dobrze? Wiele lat miałam psa. Elza. Przygarnięta z podwórka w wieku szczenięcym była z nami 15 lat. Kochana psina. Gdy już nie domagała z powodu raka skóry i chorej wątroby, nosiłam ją kilka kilometrów na rękach (a ważyła dobrych kilka kilogramów) do weterynarza. Codziennie lub co drugi dzień. Nie miałam wtedy auta, ani nikogo, kto by mi pomógł. Nawet autobusy były źle skomunikowane, by na nie liczyć. Ale nie o tym. W każdym razie czułam, że jesteśmy ze sobą zżyte i jestem jej to winna po tych wszystkich latach nie zawsze właściwego traktowania przez niektórych członków mojej rodziny. W ostatnich latach swojego życia była w zasadzie już tylko pod moją opieką i starałam się wszystko jej wynagrodzić.
Smutna historia… Gdy wspominam czasy dzieciństwa, kiedy to Elza dołączyła do nas, robię rachunek sumienia i zastanawiam się, jakie było podejście mojej rodziny do psa jako takiego. Kochaliśmy ją bardzo. Jednak każdy na swój sposób. Jednym z życzeń taty tuż przed jego śmiercią było zobaczenie Elzy. Kochał ją chyba na równi z nami i nigdy jej nie skrzywdził. Mama pokochała tak na serio Elzunię dopiero po śmierci taty, widząc w niej cząstkę, którą po sobie zostawił. Wcześniej ze trzy razy wypędziła ją z domu. Nigdy nie zapomnę, jak cały dzień spędziłam na klatce schodowej, odmawiając powrotu do domu bez psa. Wtedy, zdaje się, pogryzła jakieś kapcie. Wcześnie zdarła całą tapicerkę z drzwi podczas naszej chwilowej nieobecności. Dziś wiem, że z tęsknoty i strachu, że ją zostawiliśmy. Wtedy nie dało się tego tak wytłumaczyć; zresztą jako dzieci niewiele mieliśmy do powiedzenia. Przez te typowo psie wybryki, stosunki między mamą a Elzą można nazwać jako raczej szorstką przyjaźń. Do czasu odejścia taty.
Przez ten cały czas jednak przykład, jaki nam jako dzieciom dawali dorośli, to traktowanie psa jako istoty całkowicie podległej człowiekowi. Zwierzęcia, które musi go słuchać, bo inaczej zostanie ukarane. Choć my, jako dzieci instynktownie chcieliśmy traktować ją jako partnera, nie sługi. Dzieci ze swoimi otwartymi umysłami i szczerością podchodzą do tego chyba bardziej naturalnie. Dużo zatem zależy od tego, co wpajają im dorośli. Dla nich, zwłaszcza dawniej, pies miał słuchać poleceń i nie wchodzić człowiekowi w drogę (tylko skąd te biedne stworzenia mogą wiedzieć, kiedy nie wchodzić w tę drogę?…). Nie mówiąc już o częstym podejściu wielu ludzi ze wsi, że miejsce psa jest przy budzie. Bo co? Bo jest TYLKO psem. Nie zasługuje? Nie jest godzien? Nie czuje jak człowiek?… To, oczywiście, dzisiaj brzmi dla wielu jako coś nie do pomyślenia, choć ostatnie przeboje z „piątką” pokazują, że wciąż zbyt wielu uważa psy (i zwierzęta w ogóle) jako przedmiot, który jakimś sposobem, Bóg(!) tylko jeden wie, się porusza.
Wyrastałam zatem w przekonaniu, że pozwalanie psu na swobodę w okazywaniu jego psich emocji i zaspokajaniu potrzeb gatunkowych, nie jest dobre. To człowiek ma decydować, jak pies się będzie zachowywał i co ma czuć. Niestety takie podejście spowodowało, że popełniłam kilka błędów w relacji z Elzą. Błędów wynikających z podejścia do psa jako bytu całkowicie podległemu woli czy aktualnemu humorowi człowieka.
Ostatnio rozmawiałam z dobrym znajomym na temat tego, dlaczego woli(!) psy. Mówił, że przede wszystkim pies jest bardzo podobny do człowieka. A zaraz potem dodał, że pies słucha się pana (uwielbiamy być „panami”, których słuchają), jest mu wdzięczny(!) (och, jak człowiek lubi, jak się jest mu wdzięcznym), widać jego emocje (no tak, komu by się chciało uczyć zachowania i sposobów okazywania emocji przez zwierzęta, lubimy mieć wszystko podane na tacy, przecież). Spytałam go, czy zatem lubi to, że pies zachowuje się jak sługa. Po początkowych wykrętach przyznał mi w końcu, że owszem. I że dlatego nie lubi kotów, bo takie są różne od psów i w ogóle nie są podobne do ludzi w okazywaniu emocji. Zapytałam go zatem, jaki według niego jest kot. – Chodzi własnymi drogami, nie słucha poleceń, robi wszystko kiedy chce i jak chce. Generalnie ciężko go zrozumieć – odpowiedział. A teraz przetłumaczmy: kolega nie lubi kotów, bo są niezależne, asertywne, same o sobie lubią decydować i nie obawiają się tego dobitnie zakomunikować; trzeba zasłużyć sobie na bycie jego przyjacielem. Hmm, jak dla mnie to właściwie cechy człowieka! Czyli nie lubi istot, które jako nie-ludzie, mają cechy ludzkie. Bo to podważa jego wyższość jako człowieka? Uwłacza jego niepodważalnemu pierwszemu miejscu wśród istot na planecie Ziemia? Tak sobie luźno rozważam… Światem rządzą paradoksy!
Przyznam się, że potrzebowałam kilkunastu lat pracy z kotem i sporo wysiłku jako człowiek, by przełamać w sobie postrzeganie tych dwóch najpopularniejszych gatunków zwierząt koegzystujących z człowiekiem w jego domowym środowisku. Dlaczego, będąc w żałobie po Elzie, zdecydowałam się przygarnąć kota? Przez stereotyp, że kot jest stworzeniem mało absorbującym. Nic bardziej mylnego. Relacja człowieka z kotem wymaga dużego wkładu wysiłku, a przede wszystkim cierpliwości i czasu. Jak z człowiekiem. Nawet trudniej. Nie każdego na to stać. Nie każdemu się chce. Wyzwanie nie lada. Na pewno nie dla chcących się czuć „panami”. Dlatego taką radość sprawia pokonywanie kolejnych barier w relacji z kotem. Dlatego też tak bardzo się ucieszyłam, że Nikita wreszcie po trzech latach zaufała mi na tyle, by poczuć się bezpiecznie i zrelaksować na moich kolanach. Niektórzy właściciele być może nigdy nie doświadczą dumy, że tak niezależna i asertywna istota obdarzyła ich swoim kredytem zaufania.
– Psy są psami, a koty kotami – ktoś powie. Co jednak tkwi w człowieku, że uzurpuje sobie prawo do „panowania” jednemu i nie lubi tego, któremu „panować” się nie da? Jak to świadczy o człowieku?
W niedalekiej przyszłości zamierzam adoptować psa. Wiem już teraz, że na pewno nie zawołam do niego: „- Chodź do pani!”.
Niniejszy wpis ma charakter żartobliwy i nie należy utożsamiać się z pojęciami w nim użytymi.
Różne typy kręcą sobie kierownicą po naszych drożynach. Kierowcy, bo tak się ich zazwyczaj zwie, to osobnicy specyficzni.
Gatunek ów często charakteryzuje się nieomylnością i jedynym słusznym punktem widzenia we własnym mniemaniu. Niezależnie od osobowości jako takiej, w momencie trzaśnięcia drzwiami i uruchomienia zapłonu, kierowca (lub kierowczyni) przechodzi wewnętrzną transformację. Amerykańscy naukowcy, ci słynni, których nikt nigdy nie widział, uważają, że przemiana ma związek z symboliką koła, w którego kształcie jest kierownica. I tak właśnie w błysku świateł mijania nabywają przekonania o nieskończoności swej mocy. Zatem, gdy mknąc swym rydwanem po autostradzie, która należy w jego świętym kolistym przekonaniu, tylko do niego, kierowca bierze udział w tzw. zdarzeniu drogowym, wina jest zawsze tego drugiego. Decyzje kierowcy, podejmowane w ramach jazdy, zawsze są bowiem słuszne.
Inną ciekawą cechą kierowczyń/kierowców (edytor tekstu w ramach tego bloga usilnie podkreśla mi słowo „kierowczyni” – cham. 😉 ) jest różnorodność płciowa, która nie kończy się na dwóch płciach. I tak mamy na drodze: – kobiety – panie, dziewczęta jeżdżące sobie nieszkodliwie po drodze; używają kierunkowskazów wtedy, gdy jest to potrzebne i wymagane przepisami; hamują delikatnie silnikiem i zdejmują nogę z z gazu w obliczu starcia z łagodnymi zakrętami; słuchają silnika, więc stopień głośności ich pojazdu podczas jazdy, jest akceptowalny, gdyż wiedzą, kiedy zmienia się biegi; nie mają kłopotu z jazdą na zamek; podziękują chętnie awaryjnymi lub pięknym uśmiechem, gdy ktoś je wpuści lub przepuści; a nawet potrafią zasygnalizować innym użytkownikom, że ci zapomnieli włączyć światła. – mężczyźni – panowie, chłopcy jeżdżący pewnie, bez nerwów, ze świadomością istnienia innych pojazdów na drodze i faktu, że: tak, w mieście są korki; wyrozumiali w stosunku do kobiet, co okazują uprzejmością poprzez dopuszczanie ich do ruchu; cieszą się z uśmiechu w ramach podziękowania i sami chętnie dziękują w razie potrzeby; są pewni swoich umiejętności, jednak nie brak im pokory w obliczu popełnionego błędu; chętnie lecz nienachalnie edukują spokrewninone ze sobą kierowczynie i kierowców; nie stronią od przyznania się, że czegoś nie wiedzieli, ale doceniają, że ich uświadomiono; typ raczej wyluzowany; mają twarz w kolorze ludzkiej skóry. – baby – babą może zostać zarówno ludzki osobnik męski jak i żeński; charakteryzują się wypiekami na twarzy, który to objaw powstaje podczas jazdy po drodze z więcej niż jednym samochodem poza nimi; blisko przysuniętym fotelem; zerkaniem na kraniec maski auta; zostawianiem sobie 4 metrów miejsca z każdej strony podczas parkowania i stania w korku; widoczne są z daleka poprzez tempo jazdy, które nie przekracza najniższej dozwolonej prędkości; tracą krocie na tarcze hamulcowe i wymianę skrzyni biegów; baby nie tylko widać, ale i słychać; ich auta wydają z siebie charakterystyczne wycie. – dziady – wspomniani amerykańscy naukowcy klasyfikują do tej kategorii raczej mężczyzn, choć nie ma tu reguły; cechują się oni czerwonym kolorem zestresowanej twarzy, wyrażającej frustrację spowodowaną często problemem nie związanym z samą jazdą pojazdem; po uruchomieniu silnika samochodu, uaktywnia się w ich dłoniach magnes, który jest kompatybilny z magnesem wbudowanym w klaksony ich aut – podobnie, jak w przypadku bab, słychać ich z daleka; przepisy ruchu drogowego to dla nich mit, w który wierzyli tylko starożytni, uważają bowiem, że sami mają moc tworzenia prawa na drodze (a często i jego egzekwowania); ich cechą jest złośliwość i nerwowość; należą tu także popularni „szeryfowie” – oni to ustalają, w którym momencie aktywować procedurę potęgowania korka.
I każdy z nich znajduje miejsce na drodze. Każdy jakoś tam się po niej porusza. Kobieta i mężczyzna puszczą sobie oko lub się do siebie uśmiechną; babę najwyżej się wyprzedzi; a dziada? Zawsze można zignorować. Wszystko jak to w życiu 😉
Zgodnie z niepisaną etykietą, słowa „witam” należy używać bardzo oszczędnie i zarezerwować je na specjalne okazje. Może kiedyś będę zwracać się tak do swoich pracowników? Może powitam gości w moich skromnych progach? Pisząc tu, nie zamierzam zwracać się do Was z wyżyn, które to sygnalizuje tak beztrosko używane powszechnie „witam”. Tyle tytułem wstępu, którego nie mogłam sobie odmówić przy tym pierwszym wpisie w moim nowym ogródku. Kontynuując poprzedniego bloga zatem…
Dzień dobry, cześć, Wszyscy, którzy lubicie pooglądać zdjęcia i inne wypieki mojej twórczości! 🙂
Dzisiaj kilka moich prac wykonanych w tureckiej technice ebru. O ile można skopiować obraz, zrobić takie samo zdjęcie, kradnąc komuś koncepcję, wykonać niemal każdą pracę identycznie (lub prawie identycznie) jak pierwowzór, o tyle ebru zawsze(!) jest niepowtarzalne 🙂 I to mi się w tej technice podoba 🙂