Jak to Martella drukowała w 3D – czyli moja mała odyseja technologiczna

Czas odgarnąć pajęczyny z mojego bloga. Nie pisałam ostatnio wcale i w ogóle mało się udzielałam w mediach socjalnych. A to wszystko dlatego, moi Mili, że/iż pochłonęła mnie praca. Gdy już odśpiewałam refren piosenki „Think” Arethy Franklin, gasząc kaganek oświaty, przyszedł czas na nowe wyzwania. I tak oto z nauczycielki stałam się autorką/redaktorką. Zajmowały mnie teksty, komponenty, markdown, a to wszystko podczas współtworzenia podręcznika z języka polskiego w wersji on-line. Potem przeżyłam szok, wskakując w odmęty projektu, w którym miałam zająć się przybliżaniem nowych technologii dzieciom. I tak oto wkroczyłam w świat sztucznej inteligencji, robotyki i druku 3D właśnie. Było to bardzo pouczające i rozwijające doświadczenie. Zrozumiałam, że za czas jakiś ludzie będą wykonywać zawody, które jeszcze nie istnieją. Albo w ogóle nie będą potrzebni…

Do tej pory myślałam, że zawody tzw. humanistyczne będą nie do zastąpienia, a działalność człowieka w tym względzie nie do podrobienia. Cóż… Proste (przynajmniej w użytku) aplikacje tworzą oryginalne i niepowtarzalne dzieła sztuki, utwory muzyczne, piszą różnorodne, logiczne i spójne teksty. Niesamowite! Z jednej strony jestem zachwycona, testując programy oparte na sztucznych sieciach neuronowych, a z drugiej przeraża mnie ten postęp, który i tak relatywnie jest niewielki w porównaniu z możliwościami, jakie stwarza AI.

Ilustracjami do dzisiejszego wpisu niechaj będą moje wyroby biżuteryjne (i nie tylko) powstałe na drukarce 3D, skoro już w tytule wpisu go zawarłam 😉

Gifty dla dzieciaków. Jest i słynna ESSA.

„Chodź do pana!”

Nie, nie jest to zdjęcie, jakich wiele w stylu „Odpoczywamy”. Nie jest to też reklama moich, skądinąd, czaderskich kultowych laczków i domowej stylówy. To, proszę Państwa, ważne zdjęcie, dokumentujące przełom. Oto pierwszy raz moja kocia Księżniczka, położyła mi się na nogach. Sama, ze swojej jaśniepańskiej, nieprzymuszonej niczym woli!
Kociarze znają temat i wiedzą, jakie właśnie spotkało mnie wyróżnienie. Boli mnie już wszystko, od pleców począwszy, na zdrętwiałych nogach skończywszy. Ale tylko prawdziwy kociarz zna zasadę: jak kot słodko leży – ani drgnij!

Taki wpis widnieje na blogu fejsbukowym. Hehehe!

Psiarze i kociarze od zarania dziejów stoją w opozycji względem oczekiwań wobec swoich zwierząt domowych.
– Kocham w psach to, że jego reakcje są czytelne, spontaniczne i szczere – rzecze psiarz i doda – Pies słucha swojego pana, kocha go bezwarunkowo, pójdzie za nim w ogień.
Wszystko fajnie. Tylko, czy nie brzmi to trochę jak definicja sługi? Czy nie wynika z tego, że my, ludzie, lubimy być panami wszystkiego, górować? Lubimy, gdy ktoś jest od nas zależny, usługuje nam? Jeśli tak, to, czy nie brzmi to kiepsko; czy nie świadczy o nas niezbyt dobrze?
Wiele lat miałam psa. Elza. Przygarnięta z podwórka w wieku szczenięcym była z nami 15 lat. Kochana psina. Gdy już nie domagała z powodu raka skóry i chorej wątroby, nosiłam ją kilka kilometrów na rękach (a ważyła dobrych kilka kilogramów) do weterynarza. Codziennie lub co drugi dzień. Nie miałam wtedy auta, ani nikogo, kto by mi pomógł. Nawet autobusy były źle skomunikowane, by na nie liczyć. Ale nie o tym.
W każdym razie czułam, że jesteśmy ze sobą zżyte i jestem jej to winna po tych wszystkich latach nie zawsze właściwego traktowania przez niektórych członków mojej rodziny. W ostatnich latach swojego życia była w zasadzie już tylko pod moją opieką i starałam się wszystko jej wynagrodzić.

Smutna historia… Gdy wspominam czasy dzieciństwa, kiedy to Elza dołączyła do nas, robię rachunek sumienia i zastanawiam się, jakie było podejście mojej rodziny do psa jako takiego. Kochaliśmy ją bardzo. Jednak każdy na swój sposób. Jednym z życzeń taty tuż przed jego śmiercią było zobaczenie Elzy. Kochał ją chyba na równi z nami i nigdy jej nie skrzywdził. Mama pokochała tak na serio Elzunię dopiero po śmierci taty, widząc w niej cząstkę, którą po sobie zostawił. Wcześniej ze trzy razy wypędziła ją z domu. Nigdy nie zapomnę, jak cały dzień spędziłam na klatce schodowej, odmawiając powrotu do domu bez psa. Wtedy, zdaje się, pogryzła jakieś kapcie. Wcześnie zdarła całą tapicerkę z drzwi podczas naszej chwilowej nieobecności. Dziś wiem, że z tęsknoty i strachu, że ją zostawiliśmy. Wtedy nie dało się tego tak wytłumaczyć; zresztą jako dzieci niewiele mieliśmy do powiedzenia. Przez te typowo psie wybryki, stosunki między mamą a Elzą można nazwać jako raczej szorstką przyjaźń. Do czasu odejścia taty.

Przez ten cały czas jednak przykład, jaki nam jako dzieciom dawali dorośli, to traktowanie psa jako istoty całkowicie podległej człowiekowi. Zwierzęcia, które musi go słuchać, bo inaczej zostanie ukarane. Choć my, jako dzieci instynktownie chcieliśmy traktować ją jako partnera, nie sługi. Dzieci ze swoimi otwartymi umysłami i szczerością podchodzą do tego chyba bardziej naturalnie. Dużo zatem zależy od tego, co wpajają im dorośli. Dla nich, zwłaszcza dawniej, pies miał słuchać poleceń i nie wchodzić człowiekowi w drogę (tylko skąd te biedne stworzenia mogą wiedzieć, kiedy nie wchodzić w tę drogę?…). Nie mówiąc już o częstym podejściu wielu ludzi ze wsi, że miejsce psa jest przy budzie. Bo co? Bo jest TYLKO psem. Nie zasługuje? Nie jest godzien? Nie czuje jak człowiek?… To, oczywiście, dzisiaj brzmi dla wielu jako coś nie do pomyślenia, choć ostatnie przeboje z „piątką” pokazują, że wciąż zbyt wielu uważa psy (i zwierzęta w ogóle) jako przedmiot, który jakimś sposobem, Bóg(!) tylko jeden wie, się porusza.

Wyrastałam zatem w przekonaniu, że pozwalanie psu na swobodę w okazywaniu jego psich emocji i zaspokajaniu potrzeb gatunkowych, nie jest dobre. To człowiek ma decydować, jak pies się będzie zachowywał i co ma czuć. Niestety takie podejście spowodowało, że popełniłam kilka błędów w relacji z Elzą. Błędów wynikających z podejścia do psa jako bytu całkowicie podległemu woli czy aktualnemu humorowi człowieka.

Ostatnio rozmawiałam z dobrym znajomym na temat tego, dlaczego woli(!) psy. Mówił, że przede wszystkim pies jest bardzo podobny do człowieka. A zaraz potem dodał, że pies słucha się pana (uwielbiamy być „panami”, których słuchają), jest mu wdzięczny(!) (och, jak człowiek lubi, jak się jest mu wdzięcznym), widać jego emocje (no tak, komu by się chciało uczyć zachowania i sposobów okazywania emocji przez zwierzęta, lubimy mieć wszystko podane na tacy, przecież). Spytałam go, czy zatem lubi to, że pies zachowuje się jak sługa. Po początkowych wykrętach przyznał mi w końcu, że owszem. I że dlatego nie lubi kotów, bo takie są różne od psów i w ogóle nie są podobne do ludzi w okazywaniu emocji. Zapytałam go zatem, jaki według niego jest kot.
– Chodzi własnymi drogami, nie słucha poleceń, robi wszystko kiedy chce i jak chce. Generalnie ciężko go zrozumieć – odpowiedział.
A teraz przetłumaczmy: kolega nie lubi kotów, bo są niezależne, asertywne, same o sobie lubią decydować i nie obawiają się tego dobitnie zakomunikować; trzeba zasłużyć sobie na bycie jego przyjacielem. Hmm, jak dla mnie to właściwie cechy człowieka! Czyli nie lubi istot, które jako nie-ludzie, mają cechy ludzkie. Bo to podważa jego wyższość jako człowieka? Uwłacza jego niepodważalnemu pierwszemu miejscu wśród istot na planecie Ziemia? Tak sobie luźno rozważam…
Światem rządzą paradoksy!

Przyznam się, że potrzebowałam kilkunastu lat pracy z kotem i sporo wysiłku jako człowiek, by przełamać w sobie postrzeganie tych dwóch najpopularniejszych gatunków zwierząt koegzystujących z człowiekiem w jego domowym środowisku. Dlaczego, będąc w żałobie po Elzie, zdecydowałam się przygarnąć kota? Przez stereotyp, że kot jest stworzeniem mało absorbującym. Nic bardziej mylnego. Relacja człowieka z kotem wymaga dużego wkładu wysiłku, a przede wszystkim cierpliwości i czasu. Jak z człowiekiem. Nawet trudniej. Nie każdego na to stać. Nie każdemu się chce. Wyzwanie nie lada. Na pewno nie dla chcących się czuć „panami”.
Dlatego taką radość sprawia pokonywanie kolejnych barier w relacji z kotem. Dlatego też tak bardzo się ucieszyłam, że Nikita wreszcie po trzech latach zaufała mi na tyle, by poczuć się bezpiecznie i zrelaksować na moich kolanach. Niektórzy właściciele być może nigdy nie doświadczą dumy, że tak niezależna i asertywna istota obdarzyła ich swoim kredytem zaufania.

– Psy są psami, a koty kotami – ktoś powie. Co jednak tkwi w człowieku, że uzurpuje sobie prawo do „panowania” jednemu i nie lubi tego, któremu „panować” się nie da? Jak to świadczy o człowieku?

W niedalekiej przyszłości zamierzam adoptować psa. Wiem już teraz, że na pewno nie zawołam do niego: „- Chodź do pani!”.

Wielopłciowość kierowców

Niniejszy wpis ma charakter żartobliwy i nie należy utożsamiać się z pojęciami w nim użytymi.

Różne typy kręcą sobie kierownicą po naszych drożynach. Kierowcy, bo tak się ich zazwyczaj zwie, to osobnicy specyficzni.

Gatunek ów często charakteryzuje się nieomylnością i jedynym słusznym punktem widzenia we własnym mniemaniu. Niezależnie od osobowości jako takiej, w momencie trzaśnięcia drzwiami i uruchomienia zapłonu, kierowca (lub kierowczyni) przechodzi wewnętrzną transformację. Amerykańscy naukowcy, ci słynni, których nikt nigdy nie widział, uważają, że przemiana ma związek z symboliką koła, w którego kształcie jest kierownica. I tak właśnie w błysku świateł mijania nabywają przekonania o nieskończoności swej mocy. Zatem, gdy mknąc swym rydwanem po autostradzie, która należy w jego świętym kolistym przekonaniu, tylko do niego, kierowca bierze udział w tzw. zdarzeniu drogowym, wina jest zawsze tego drugiego. Decyzje kierowcy, podejmowane w ramach jazdy, zawsze są bowiem słuszne.

Inną ciekawą cechą kierowczyń/kierowców (edytor tekstu w ramach tego bloga usilnie podkreśla mi słowo „kierowczyni” – cham. 😉 ) jest różnorodność płciowa, która nie kończy się na dwóch płciach.
I tak mamy na drodze:
– kobiety – panie, dziewczęta jeżdżące sobie nieszkodliwie po drodze; używają kierunkowskazów wtedy, gdy jest to potrzebne i wymagane przepisami; hamują delikatnie silnikiem i zdejmują nogę z z gazu w obliczu starcia z łagodnymi zakrętami; słuchają silnika, więc stopień głośności ich pojazdu podczas jazdy, jest akceptowalny, gdyż wiedzą, kiedy zmienia się biegi; nie mają kłopotu z jazdą na zamek; podziękują chętnie awaryjnymi lub pięknym uśmiechem, gdy ktoś je wpuści lub przepuści; a nawet potrafią zasygnalizować innym użytkownikom, że ci zapomnieli włączyć światła.
– mężczyźni – panowie, chłopcy jeżdżący pewnie, bez nerwów, ze świadomością istnienia innych pojazdów na drodze i faktu, że: tak, w mieście są korki; wyrozumiali w stosunku do kobiet, co okazują uprzejmością poprzez dopuszczanie ich do ruchu; cieszą się z uśmiechu w ramach podziękowania i sami chętnie dziękują w razie potrzeby; są pewni swoich umiejętności, jednak nie brak im pokory w obliczu popełnionego błędu; chętnie lecz nienachalnie edukują spokrewninone ze sobą kierowczynie i kierowców; nie stronią od przyznania się, że czegoś nie wiedzieli, ale doceniają, że ich uświadomiono; typ raczej wyluzowany; mają twarz w kolorze ludzkiej skóry.
– baby – babą może zostać zarówno ludzki osobnik męski jak i żeński; charakteryzują się wypiekami na twarzy, który to objaw powstaje podczas jazdy po drodze z więcej niż jednym samochodem poza nimi; blisko przysuniętym fotelem; zerkaniem na kraniec maski auta; zostawianiem sobie 4 metrów miejsca z każdej strony podczas parkowania i stania w korku; widoczne są z daleka poprzez tempo jazdy, które nie przekracza najniższej dozwolonej prędkości; tracą krocie na tarcze hamulcowe i wymianę skrzyni biegów; baby nie tylko widać, ale i słychać; ich auta wydają z siebie charakterystyczne wycie.
– dziady – wspomniani amerykańscy naukowcy klasyfikują do tej kategorii raczej mężczyzn, choć nie ma tu reguły; cechują się oni czerwonym kolorem zestresowanej twarzy, wyrażającej frustrację spowodowaną często problemem nie związanym z samą jazdą pojazdem; po uruchomieniu silnika samochodu, uaktywnia się w ich dłoniach magnes, który jest kompatybilny z magnesem wbudowanym w klaksony ich aut – podobnie, jak w przypadku bab, słychać ich z daleka; przepisy ruchu drogowego to dla nich mit, w który wierzyli tylko starożytni, uważają bowiem, że sami mają moc tworzenia prawa na drodze (a często i jego egzekwowania); ich cechą jest złośliwość i nerwowość; należą tu także popularni „szeryfowie” – oni to ustalają, w którym momencie aktywować procedurę potęgowania korka.

I każdy z nich znajduje miejsce na drodze. Każdy jakoś tam się po niej porusza. Kobieta i mężczyzna puszczą sobie oko lub się do siebie uśmiechną; babę najwyżej się wyprzedzi; a dziada? Zawsze można zignorować. 
Wszystko jak to w życiu 😉

Projekt AKWARIUM

Podobno małe krewetki nano. U mnie są giga ;)

Akwarium chciałam mieć od zawsze. Nie wiedziałam jednak, że nie wystarczy go mieć – trzeba umieć je prowadzić. Ochoczo zgodziłam się przygarnąć biotopik z sali biologicznej, myśląc, że rybki będą mało absorbującą i jednocześnie piękną ozdobą pomieszczenia.
Co się okazało? Osoba, która oddała mi, wtedy jeszcze 45-litrowy, zbiorniczek, nie miała najzieleńszego pojęcia o prowadzeniu akwarium. Wyglądało ono mniej więcej, jak pojemnik z zupą z gupików przyprawionych dwoma zbrojnikami w środku. Milion ciągle rozmnażających się rybek plus brak podłoża i plastikowe ozdoby w środku. Zero oświetlenia. Cud, że był filtr, grzałka i kilka żywych roślin pływających sobie luzem między rybami i ich odchodami.
Ogólna masakra. Tak rozpoczęłam swoją przygodę z akwarystyką.

Bardzo szybko zaczęło okazywać się, że z akwarium jest coś nie tak. Rybki zdychały. Każdy głupi zorientowałby się, że tak nie może być.

Zaczęłam szukać pomocy. Jak każdy laik, nadzieję pokładałam w specjalistach ze sklepów zoologicznych. Robiłam zdjęcia, by pokazać, jak ma się sytuacja w moim akwarium. Otrzymywałam porady, jak zapobiec umieraniu rybek, które sprowadzały się do zmiany w karmieniu. Gdy nastąpił apokaliptyczny atak glonów, poradzono mi zlikwidować rośliny. Hmmm… Ciekawe, nieprawdaż?

Nic nie działało. W końcu sprzedawcy w „zoologach” zaczęli twierdzić, że widocznie rybki są słabe genetycznie przez chów wsobny. Oookeeey… Łykałam wszystko jak pelikan do momentu, w którym jeden z owych sprzedawców nie powiedział mi stłumionym głosem, że w sklepach zoologicznych z działem akwarystycznym mają jednego dostawcę i rybki słabe genetycznie; że poleca mi specjalistyczny sklep, który mieści się tu i tu. Tam mnie poprowadzą.

Tak trafiłam na ludzi z pasją, którzy nie tylko sprzedają rybki, ale mają wiedzę, jak dbać o akwarium. Pokierowali mną, gdzie zgłębiać wiedzę i oprócz ich porad zaczęłam czytać, czytać i jeszcze raz czytać o tym, czym jest prowadzenie akwarium.
Ktoś mógłby rzec, że gdy człowiek się za coś zabiera, niech najpierw dowie się, „z czym to się je”. No pewnie, łatwo powiedzieć. Teraz. Myślę, że wielu jest dzisiejszych wymiataczy akwarystycznych, którzy popełniali na początku jeszcze gorsze błędy niż ja. Wiadomo, że trzeba się edukować. Ale, gdy powszechnie krąży mit, że rybki jest mieć łatwo, siłą rzeczy człowiek w to wierzy. A już tym bardziej, gdy powie to sprzedawca w sklepie zoologicznym. Guzik prawda. Nie generalizując, oczywiście, w zoologach jest wielu ludzi bez pojęcia, przypadkowych, którzy z akwarystyką nie mieli nigdy do czynienia. Tak też powstają chociażby mity, że bojownik nie potrzebuje roślin i filtra; że zmienia się całą wodę w akwarium; że muszle to super pomysł; że ryby można trzymać w kuli; że welonki się w niej pięknie prezentują i można je mieć w 15 litrach. Zdechną? Kupi się nowe. W końcu to zabawki, nie żywe stworzenia. Można by tak wymieniać bez końca.

Ja trafiłam na akwarystów z prawdziwego zdarzenia, którzy nauczyli mnie, czym jest cykl azotowy, pokazali, jak sprawdzać parametry akwarium, jak hodować rośliny, i jak ważna jest umiejętność dobrania odpowiedniej obsady do akwarium. Obalili w mojej głowie wiele pokutujących w niej mitów.
Dzisiaj rozpoznają mnie na kilometr. Nawet w maseczce 😉 Pewnie myślą sobie: „Ciekawe, co tym razem?” ;p Żartuję. Akwarium mam już dwa lata i dwa razy większe. 72 litry. Jakiś czas temu dowiedziałam się od innego stałego bywalca mojej bazy akwarystycznej, że tego to się nie da nawet nazwać akwarium. To zbiornik zaledwie. Akwaria zaczynają się od 112 litrów. Już wiem, że przynajmniej takie chcę.

Nic mnie tak nie odpręża.

Projekt OKNA i DRZWI

Miejsce: pewne miasto; targ staroci. W rolach głównych: rama, okna, drzwi, kołatki, klucze i handlarz staroci o smoczym oddechu z koktajlu piwa, wina, wódki i trawki, wymieszanego w wagoniku karuzeli, i ja. Czyli krótka historia powstania mojej ukochanej instalacji.

Chodzę tak sobie, chodzę; między gwarzącymi, targującymi się i przepychającymi amatorami starych płyt winylowych, zabawek made in PRL, mniej lub bardziej zaśniedziałych sztućców za parę złotych za sztukę; ale nie brak tu także pięknych cacuszek, które kiedyś, gdzieś były dla kogoś nowe, piękne i ważne. Jednak na takie smakowite kąski, jak zawsze, mój portfel reaguje trzepotem skrzydeł biedronek i motyli, bo kasy w nim brak. Starym zatem zwyczajem, dziarsko obiecuję sobie, że nadejdzie dzień, w którym nabędę antyk, i to taki z prawdziwego zdarzenia; i, aby było bardziej ekscytująco, znajdę go na pełnym kurzu i pajęczyn, niezidentyfikowanym na tę chwilę, strychu (choć jedyne aktualnie znane mi miejsce, odpowiadające powyższemu opisowi, znajduje się w mojej łazience za pralką, której dawno nikt nie odstawiał).

Na jednym ze stoisk moją uwagę przykuwa sporych rozmiarów rama okienna. Ciemna, przetarta, wyglądająca na starą i ręcznie robioną. Zagaduję handlarza, wytaczając ciężkie działo swojego uśmiechu od strony lepszego profilu twarzy. Wiecie, jak jest 😉 Okazuje się, że rama pochodzi ze starego i znanego budynku, w którym jakiś czas temu wymieniano okna. Pan proponuje cenę. Ja proponuję swoją. Pan udaje, że myśli. Ja – lepszy profil. Ok, stoi! Biorę! Hurra! A w głowie już plan na projekt. Chwila, chwila. Niestety, nie będzie tak kolorowo. Możliwość kupna towaru w dealu i użycie ciężkiego oręża wystudiowanego uśmiechu, mają swoją cenę. Bo oto pan się rozkręca. Rzekomo puści ramę taniej, bo marzy o tym, aby już się zwijać (choć jest dopiero południe). I bez ostrzeżenia zaczyna snuć swoją wersję Odysei o tym, jak to dnia wczorajszego podróżował po pubach i zaułkach, aplikując w siebie wszystkie możliwe rodzaje alkoholi.
Na koniec (zapewne, żeby pokazać stopień swojego wyluzowania) rzecze ów z dumą:

– … i wie pani, a potem na to wszystko jeszcze zakurzyłem trawę i wsiadłem na to wielkie koło przy rzece. O! – pęka z dumy.

Jęczę w myślach, żeby to już była ostatnia księga eposu, bo więcej nie zniosę i, kiwając głową, z grymasem markującym podziw dla jego wyczynu, mówię:

– No fajno, fajno… A ile za te stare klucze?

Wtedy pojawia się bohater każdej tego typu transakcji handlowej, czyli magiczny zwrot: „jak dla pani…, bo normalnie od kogo innego, to bym wziął…”. Ale nareszcie! Mam ramę i, ku swej uciesze, staję się także posiadaczką starych kluczysk.

Ale-ale! Pan nie odpuszcza. Na moich oczach przeistacza się z handlarza w artystę i odpala foty w telefonie, by mi pokazać swoją twórczość. Niefortunnie napomknęłam mu bowiem, że rama wiąże się z projektem artystycznym. Instaluję więc grzecznie na twarzy wyraz uznania. A w myślach marzę, by się oddalić, gdyż akcja ze smartfonem spowodowała u pana konieczność przybliżenia się do mnie tak, abym poczuła z całą siłą swojego węchu, że opowieść o handlarzu-gieroju-królu-karuzeli, była stuprocentowo prawdziwa. Nie mam wątpliwości. Była.
Nie mogę bez końca wstrzymywać oddechu, więc wymawiam się koniecznością odwiedzenia jeszcze innej części targu i stanowczo nie przystaję na propozycję, że pan pomoże mi zanieść ramę do auta. Niepocieszony „człowiek-orkiestra” pokazuje mi jeszcze wyjętą „spod lady” mini-galerię stworzonych przez siebie innych dziełek. One akurat robią wrażenie, ale Boże broń, nie zdradzam zachwytu większego niż ten wynikający z grzeczności. Otrzymuję nawet propozycję nabycia drogą kupna jednej z prac, jednak kasa poszła na ramę i klucze, a nie odważę się spytać, czy pan przyjmie zapłatę w walucie motylkowo-biedronkowej.
W końcu wybrzmiewa „dziękuję-do widzenia” i mogę odetchnąć świeżym powietrzem.

Dopiero teraz czuję, jakim wysiłkiem zdobyłam ramę i klucze. Czyżby wampir energetyczny chciał doładować się po wczorajszym?

W obolałej od niskiego ciśnienia i wyziewów straganiarza, głowie, krystalizuje się pomysł. Jak zawsze w takich chwilach, najchętniej teleportowałabym się do domu i zabrała do pracy, wzmocniwszy się adekwatną dawką paracetamolu. Pewnie podobnie czuje się handlarz.
W głowie widzę gotowy projekt. Aaaaaa!!! (i tu zacieram rączki, a w tle słychać moje popiskiwania z ekscytacji) Będzie sztos!

Szukam wśród swoich nowszych fotek i rozbijam stanowisko archeologiczne w starych folderach na dysku i płytach. Szukam okien. Szukam drzwi. To będzie temat pracy, dla której, choć wtedy jeszcze tego nie wiedziałam, namiętnie fotografowałam napotykane w różnych ukochanych przeze mnie miejscach okna i drzwi właśnie. Wybieram zestaw reprezentacyjny. Są więc drzwi z Bergamo, Sieny, Zakopanego; jest kołatka z Volterry i okno ze słoweńskiej wsi. Mam zdobyczne klucze i upolowaną kiedyś-tam kołatkę. Są w końcu matowe, pochłaniające światło aksamitne fotografie. Są farby, którymi, choćbym nie wiem, ile gazet i folii rozłożyła, upapram wszystko wokół ze sobą włącznie. Czyż to nie piękne?!
Instalacja będzie w klimacie rdzy, przebarwień od upływającego czasu i odcieni sepii.

Boże, jak ja kocham tworzyć!

I oto jest. Ogromna rama wisi na ścianie. Nie wypełnia jej tafla lustra, jak we wszystkich tego typu znalezionych w sieci projektach. Wypełnia ją narracja. Gwaru targu. Ramy od handlarza-artysty-gawędziarza, którego dzisiaj wspominam cieplej. Kluczy, pokrytych rdzą i zapachem dawnych lat; kluczy od drzwi niewiadomych, może już nieistniejących… I w końcu zdjęć zrobionych przeze mnie w różnych miejscach, w różnym czasie, w różnych okolicznościach, w towarzystwie różnych ludzi; a z każdym z nich wiąże się jakieś wspomnienie, opowieść.

„- No fajno, fajno… Ale pokaż, pani, tę ramę! Cożeś z niej zrobiła?!…”.
Handlarz?! Ale skąd on by tu…
Nie, to echo jednej z historii, które widzę w głowie, gdy spojrzę na gotowe już dzieło.

Oto i ono:
undefined

Marta Żulińska-Zięba

 

 

 

 

Ebru

Zgodnie z niepisaną etykietą, słowa „witam” należy używać bardzo oszczędnie i zarezerwować je na specjalne okazje. Może kiedyś będę zwracać się tak do swoich pracowników? Może powitam gości w moich skromnych progach? Pisząc tu, nie zamierzam zwracać się do Was z wyżyn, które to sygnalizuje tak beztrosko używane powszechnie „witam”.
Tyle tytułem wstępu, którego nie mogłam sobie odmówić przy tym pierwszym wpisie w moim nowym ogródku.
Kontynuując poprzedniego bloga zatem…

Dzień dobry, cześć, Wszyscy, którzy lubicie pooglądać zdjęcia i inne wypieki mojej twórczości! 🙂

Dzisiaj kilka moich prac wykonanych w tureckiej technice ebru. O ile można skopiować obraz, zrobić takie samo zdjęcie, kradnąc komuś koncepcję, wykonać niemal każdą pracę identycznie (lub prawie identycznie) jak pierwowzór, o tyle ebru zawsze(!) jest niepowtarzalne 🙂
I to mi się w tej technice podoba 🙂

Kilka moich prac: