Miejsce: pewne miasto; targ staroci. W rolach głównych: rama, okna, drzwi, kołatki, klucze i handlarz staroci o smoczym oddechu z koktajlu piwa, wina, wódki i trawki, wymieszanego w wagoniku karuzeli, i ja. Czyli krótka historia powstania mojej ukochanej instalacji.
Chodzę tak sobie, chodzę; między gwarzącymi, targującymi się i przepychającymi amatorami starych płyt winylowych, zabawek made in PRL, mniej lub bardziej zaśniedziałych sztućców za parę złotych za sztukę; ale nie brak tu także pięknych cacuszek, które kiedyś, gdzieś były dla kogoś nowe, piękne i ważne. Jednak na takie smakowite kąski, jak zawsze, mój portfel reaguje trzepotem skrzydeł biedronek i motyli, bo kasy w nim brak. Starym zatem zwyczajem, dziarsko obiecuję sobie, że nadejdzie dzień, w którym nabędę antyk, i to taki z prawdziwego zdarzenia; i, aby było bardziej ekscytująco, znajdę go na pełnym kurzu i pajęczyn, niezidentyfikowanym na tę chwilę, strychu (choć jedyne aktualnie znane mi miejsce, odpowiadające powyższemu opisowi, znajduje się w mojej łazience za pralką, której dawno nikt nie odstawiał).
Na jednym ze stoisk moją uwagę przykuwa sporych rozmiarów rama okienna. Ciemna, przetarta, wyglądająca na starą i ręcznie robioną. Zagaduję handlarza, wytaczając ciężkie działo swojego uśmiechu od strony lepszego profilu twarzy. Wiecie, jak jest 😉 Okazuje się, że rama pochodzi ze starego i znanego budynku, w którym jakiś czas temu wymieniano okna. Pan proponuje cenę. Ja proponuję swoją. Pan udaje, że myśli. Ja – lepszy profil. Ok, stoi! Biorę! Hurra! A w głowie już plan na projekt. Chwila, chwila. Niestety, nie będzie tak kolorowo. Możliwość kupna towaru w dealu i użycie ciężkiego oręża wystudiowanego uśmiechu, mają swoją cenę. Bo oto pan się rozkręca. Rzekomo puści ramę taniej, bo marzy o tym, aby już się zwijać (choć jest dopiero południe). I bez ostrzeżenia zaczyna snuć swoją wersję Odysei o tym, jak to dnia wczorajszego podróżował po pubach i zaułkach, aplikując w siebie wszystkie możliwe rodzaje alkoholi.
Na koniec (zapewne, żeby pokazać stopień swojego wyluzowania) rzecze ów z dumą:
– … i wie pani, a potem na to wszystko jeszcze zakurzyłem trawę i wsiadłem na to wielkie koło przy rzece. O! – pęka z dumy.
Jęczę w myślach, żeby to już była ostatnia księga eposu, bo więcej nie zniosę i, kiwając głową, z grymasem markującym podziw dla jego wyczynu, mówię:
– No fajno, fajno… A ile za te stare klucze?
Wtedy pojawia się bohater każdej tego typu transakcji handlowej, czyli magiczny zwrot: „jak dla pani…, bo normalnie od kogo innego, to bym wziął…”. Ale nareszcie! Mam ramę i, ku swej uciesze, staję się także posiadaczką starych kluczysk.
Ale-ale! Pan nie odpuszcza. Na moich oczach przeistacza się z handlarza w artystę i odpala foty w telefonie, by mi pokazać swoją twórczość. Niefortunnie napomknęłam mu bowiem, że rama wiąże się z projektem artystycznym. Instaluję więc grzecznie na twarzy wyraz uznania. A w myślach marzę, by się oddalić, gdyż akcja ze smartfonem spowodowała u pana konieczność przybliżenia się do mnie tak, abym poczuła z całą siłą swojego węchu, że opowieść o handlarzu-gieroju-królu-karuzeli, była stuprocentowo prawdziwa. Nie mam wątpliwości. Była.
Nie mogę bez końca wstrzymywać oddechu, więc wymawiam się koniecznością odwiedzenia jeszcze innej części targu i stanowczo nie przystaję na propozycję, że pan pomoże mi zanieść ramę do auta. Niepocieszony „człowiek-orkiestra” pokazuje mi jeszcze wyjętą „spod lady” mini-galerię stworzonych przez siebie innych dziełek. One akurat robią wrażenie, ale Boże broń, nie zdradzam zachwytu większego niż ten wynikający z grzeczności. Otrzymuję nawet propozycję nabycia drogą kupna jednej z prac, jednak kasa poszła na ramę i klucze, a nie odważę się spytać, czy pan przyjmie zapłatę w walucie motylkowo-biedronkowej.
W końcu wybrzmiewa „dziękuję-do widzenia” i mogę odetchnąć świeżym powietrzem.
Dopiero teraz czuję, jakim wysiłkiem zdobyłam ramę i klucze. Czyżby wampir energetyczny chciał doładować się po wczorajszym?
W obolałej od niskiego ciśnienia i wyziewów straganiarza, głowie, krystalizuje się pomysł. Jak zawsze w takich chwilach, najchętniej teleportowałabym się do domu i zabrała do pracy, wzmocniwszy się adekwatną dawką paracetamolu. Pewnie podobnie czuje się handlarz.
W głowie widzę gotowy projekt. Aaaaaa!!! (i tu zacieram rączki, a w tle słychać moje popiskiwania z ekscytacji) Będzie sztos!
Szukam wśród swoich nowszych fotek i rozbijam stanowisko archeologiczne w starych folderach na dysku i płytach. Szukam okien. Szukam drzwi. To będzie temat pracy, dla której, choć wtedy jeszcze tego nie wiedziałam, namiętnie fotografowałam napotykane w różnych ukochanych przeze mnie miejscach okna i drzwi właśnie. Wybieram zestaw reprezentacyjny. Są więc drzwi z Bergamo, Sieny, Zakopanego; jest kołatka z Volterry i okno ze słoweńskiej wsi. Mam zdobyczne klucze i upolowaną kiedyś-tam kołatkę. Są w końcu matowe, pochłaniające światło aksamitne fotografie. Są farby, którymi, choćbym nie wiem, ile gazet i folii rozłożyła, upapram wszystko wokół ze sobą włącznie. Czyż to nie piękne?!
Instalacja będzie w klimacie rdzy, przebarwień od upływającego czasu i odcieni sepii.
Boże, jak ja kocham tworzyć!
I oto jest. Ogromna rama wisi na ścianie. Nie wypełnia jej tafla lustra, jak we wszystkich tego typu znalezionych w sieci projektach. Wypełnia ją narracja. Gwaru targu. Ramy od handlarza-artysty-gawędziarza, którego dzisiaj wspominam cieplej. Kluczy, pokrytych rdzą i zapachem dawnych lat; kluczy od drzwi niewiadomych, może już nieistniejących… I w końcu zdjęć zrobionych przeze mnie w różnych miejscach, w różnym czasie, w różnych okolicznościach, w towarzystwie różnych ludzi; a z każdym z nich wiąże się jakieś wspomnienie, opowieść.
„- No fajno, fajno… Ale pokaż, pani, tę ramę! Cożeś z niej zrobiła?!…”.
Handlarz?! Ale skąd on by tu…
Nie, to echo jednej z historii, które widzę w głowie, gdy spojrzę na gotowe już dzieło.
Oto i ono:
Marta Żulińska-Zięba
