Projekt AKWARIUM

Podobno małe krewetki nano. U mnie są giga ;)

Akwarium chciałam mieć od zawsze. Nie wiedziałam jednak, że nie wystarczy go mieć – trzeba umieć je prowadzić. Ochoczo zgodziłam się przygarnąć biotopik z sali biologicznej, myśląc, że rybki będą mało absorbującą i jednocześnie piękną ozdobą pomieszczenia.
Co się okazało? Osoba, która oddała mi, wtedy jeszcze 45-litrowy, zbiorniczek, nie miała najzieleńszego pojęcia o prowadzeniu akwarium. Wyglądało ono mniej więcej, jak pojemnik z zupą z gupików przyprawionych dwoma zbrojnikami w środku. Milion ciągle rozmnażających się rybek plus brak podłoża i plastikowe ozdoby w środku. Zero oświetlenia. Cud, że był filtr, grzałka i kilka żywych roślin pływających sobie luzem między rybami i ich odchodami.
Ogólna masakra. Tak rozpoczęłam swoją przygodę z akwarystyką.

Bardzo szybko zaczęło okazywać się, że z akwarium jest coś nie tak. Rybki zdychały. Każdy głupi zorientowałby się, że tak nie może być.

Zaczęłam szukać pomocy. Jak każdy laik, nadzieję pokładałam w specjalistach ze sklepów zoologicznych. Robiłam zdjęcia, by pokazać, jak ma się sytuacja w moim akwarium. Otrzymywałam porady, jak zapobiec umieraniu rybek, które sprowadzały się do zmiany w karmieniu. Gdy nastąpił apokaliptyczny atak glonów, poradzono mi zlikwidować rośliny. Hmmm… Ciekawe, nieprawdaż?

Nic nie działało. W końcu sprzedawcy w „zoologach” zaczęli twierdzić, że widocznie rybki są słabe genetycznie przez chów wsobny. Oookeeey… Łykałam wszystko jak pelikan do momentu, w którym jeden z owych sprzedawców nie powiedział mi stłumionym głosem, że w sklepach zoologicznych z działem akwarystycznym mają jednego dostawcę i rybki słabe genetycznie; że poleca mi specjalistyczny sklep, który mieści się tu i tu. Tam mnie poprowadzą.

Tak trafiłam na ludzi z pasją, którzy nie tylko sprzedają rybki, ale mają wiedzę, jak dbać o akwarium. Pokierowali mną, gdzie zgłębiać wiedzę i oprócz ich porad zaczęłam czytać, czytać i jeszcze raz czytać o tym, czym jest prowadzenie akwarium.
Ktoś mógłby rzec, że gdy człowiek się za coś zabiera, niech najpierw dowie się, „z czym to się je”. No pewnie, łatwo powiedzieć. Teraz. Myślę, że wielu jest dzisiejszych wymiataczy akwarystycznych, którzy popełniali na początku jeszcze gorsze błędy niż ja. Wiadomo, że trzeba się edukować. Ale, gdy powszechnie krąży mit, że rybki jest mieć łatwo, siłą rzeczy człowiek w to wierzy. A już tym bardziej, gdy powie to sprzedawca w sklepie zoologicznym. Guzik prawda. Nie generalizując, oczywiście, w zoologach jest wielu ludzi bez pojęcia, przypadkowych, którzy z akwarystyką nie mieli nigdy do czynienia. Tak też powstają chociażby mity, że bojownik nie potrzebuje roślin i filtra; że zmienia się całą wodę w akwarium; że muszle to super pomysł; że ryby można trzymać w kuli; że welonki się w niej pięknie prezentują i można je mieć w 15 litrach. Zdechną? Kupi się nowe. W końcu to zabawki, nie żywe stworzenia. Można by tak wymieniać bez końca.

Ja trafiłam na akwarystów z prawdziwego zdarzenia, którzy nauczyli mnie, czym jest cykl azotowy, pokazali, jak sprawdzać parametry akwarium, jak hodować rośliny, i jak ważna jest umiejętność dobrania odpowiedniej obsady do akwarium. Obalili w mojej głowie wiele pokutujących w niej mitów.
Dzisiaj rozpoznają mnie na kilometr. Nawet w maseczce 😉 Pewnie myślą sobie: „Ciekawe, co tym razem?” ;p Żartuję. Akwarium mam już dwa lata i dwa razy większe. 72 litry. Jakiś czas temu dowiedziałam się od innego stałego bywalca mojej bazy akwarystycznej, że tego to się nie da nawet nazwać akwarium. To zbiornik zaledwie. Akwaria zaczynają się od 112 litrów. Już wiem, że przynajmniej takie chcę.

Nic mnie tak nie odpręża.