Jak to Martella drukowała w 3D – czyli moja mała odyseja technologiczna

Czas odgarnąć pajęczyny z mojego bloga. Nie pisałam ostatnio wcale i w ogóle mało się udzielałam w mediach socjalnych. A to wszystko dlatego, moi Mili, że/iż pochłonęła mnie praca. Gdy już odśpiewałam refren piosenki „Think” Arethy Franklin, gasząc kaganek oświaty, przyszedł czas na nowe wyzwania. I tak oto z nauczycielki stałam się autorką/redaktorką. Zajmowały mnie teksty, komponenty, markdown, a to wszystko podczas współtworzenia podręcznika z języka polskiego w wersji on-line. Potem przeżyłam szok, wskakując w odmęty projektu, w którym miałam zająć się przybliżaniem nowych technologii dzieciom. I tak oto wkroczyłam w świat sztucznej inteligencji, robotyki i druku 3D właśnie. Było to bardzo pouczające i rozwijające doświadczenie. Zrozumiałam, że za czas jakiś ludzie będą wykonywać zawody, które jeszcze nie istnieją. Albo w ogóle nie będą potrzebni…

Do tej pory myślałam, że zawody tzw. humanistyczne będą nie do zastąpienia, a działalność człowieka w tym względzie nie do podrobienia. Cóż… Proste (przynajmniej w użytku) aplikacje tworzą oryginalne i niepowtarzalne dzieła sztuki, utwory muzyczne, piszą różnorodne, logiczne i spójne teksty. Niesamowite! Z jednej strony jestem zachwycona, testując programy oparte na sztucznych sieciach neuronowych, a z drugiej przeraża mnie ten postęp, który i tak relatywnie jest niewielki w porównaniu z możliwościami, jakie stwarza AI.

Ilustracjami do dzisiejszego wpisu niechaj będą moje wyroby biżuteryjne (i nie tylko) powstałe na drukarce 3D, skoro już w tytule wpisu go zawarłam 😉

Gifty dla dzieciaków. Jest i słynna ESSA.