Wielopłciowość kierowców

Niniejszy wpis ma charakter żartobliwy i nie należy utożsamiać się z pojęciami w nim użytymi.

Różne typy kręcą sobie kierownicą po naszych drożynach. Kierowcy, bo tak się ich zazwyczaj zwie, to osobnicy specyficzni.

Gatunek ów często charakteryzuje się nieomylnością i jedynym słusznym punktem widzenia we własnym mniemaniu. Niezależnie od osobowości jako takiej, w momencie trzaśnięcia drzwiami i uruchomienia zapłonu, kierowca (lub kierowczyni) przechodzi wewnętrzną transformację. Amerykańscy naukowcy, ci słynni, których nikt nigdy nie widział, uważają, że przemiana ma związek z symboliką koła, w którego kształcie jest kierownica. I tak właśnie w błysku świateł mijania nabywają przekonania o nieskończoności swej mocy. Zatem, gdy mknąc swym rydwanem po autostradzie, która należy w jego świętym kolistym przekonaniu, tylko do niego, kierowca bierze udział w tzw. zdarzeniu drogowym, wina jest zawsze tego drugiego. Decyzje kierowcy, podejmowane w ramach jazdy, zawsze są bowiem słuszne.

Inną ciekawą cechą kierowczyń/kierowców (edytor tekstu w ramach tego bloga usilnie podkreśla mi słowo „kierowczyni” – cham. 😉 ) jest różnorodność płciowa, która nie kończy się na dwóch płciach.
I tak mamy na drodze:
– kobiety – panie, dziewczęta jeżdżące sobie nieszkodliwie po drodze; używają kierunkowskazów wtedy, gdy jest to potrzebne i wymagane przepisami; hamują delikatnie silnikiem i zdejmują nogę z z gazu w obliczu starcia z łagodnymi zakrętami; słuchają silnika, więc stopień głośności ich pojazdu podczas jazdy, jest akceptowalny, gdyż wiedzą, kiedy zmienia się biegi; nie mają kłopotu z jazdą na zamek; podziękują chętnie awaryjnymi lub pięknym uśmiechem, gdy ktoś je wpuści lub przepuści; a nawet potrafią zasygnalizować innym użytkownikom, że ci zapomnieli włączyć światła.
– mężczyźni – panowie, chłopcy jeżdżący pewnie, bez nerwów, ze świadomością istnienia innych pojazdów na drodze i faktu, że: tak, w mieście są korki; wyrozumiali w stosunku do kobiet, co okazują uprzejmością poprzez dopuszczanie ich do ruchu; cieszą się z uśmiechu w ramach podziękowania i sami chętnie dziękują w razie potrzeby; są pewni swoich umiejętności, jednak nie brak im pokory w obliczu popełnionego błędu; chętnie lecz nienachalnie edukują spokrewninone ze sobą kierowczynie i kierowców; nie stronią od przyznania się, że czegoś nie wiedzieli, ale doceniają, że ich uświadomiono; typ raczej wyluzowany; mają twarz w kolorze ludzkiej skóry.
– baby – babą może zostać zarówno ludzki osobnik męski jak i żeński; charakteryzują się wypiekami na twarzy, który to objaw powstaje podczas jazdy po drodze z więcej niż jednym samochodem poza nimi; blisko przysuniętym fotelem; zerkaniem na kraniec maski auta; zostawianiem sobie 4 metrów miejsca z każdej strony podczas parkowania i stania w korku; widoczne są z daleka poprzez tempo jazdy, które nie przekracza najniższej dozwolonej prędkości; tracą krocie na tarcze hamulcowe i wymianę skrzyni biegów; baby nie tylko widać, ale i słychać; ich auta wydają z siebie charakterystyczne wycie.
– dziady – wspomniani amerykańscy naukowcy klasyfikują do tej kategorii raczej mężczyzn, choć nie ma tu reguły; cechują się oni czerwonym kolorem zestresowanej twarzy, wyrażającej frustrację spowodowaną często problemem nie związanym z samą jazdą pojazdem; po uruchomieniu silnika samochodu, uaktywnia się w ich dłoniach magnes, który jest kompatybilny z magnesem wbudowanym w klaksony ich aut – podobnie, jak w przypadku bab, słychać ich z daleka; przepisy ruchu drogowego to dla nich mit, w który wierzyli tylko starożytni, uważają bowiem, że sami mają moc tworzenia prawa na drodze (a często i jego egzekwowania); ich cechą jest złośliwość i nerwowość; należą tu także popularni „szeryfowie” – oni to ustalają, w którym momencie aktywować procedurę potęgowania korka.

I każdy z nich znajduje miejsce na drodze. Każdy jakoś tam się po niej porusza. Kobieta i mężczyzna puszczą sobie oko lub się do siebie uśmiechną; babę najwyżej się wyprzedzi; a dziada? Zawsze można zignorować. 
Wszystko jak to w życiu 😉

Projekt AKWARIUM

Podobno małe krewetki nano. U mnie są giga ;)

Akwarium chciałam mieć od zawsze. Nie wiedziałam jednak, że nie wystarczy go mieć – trzeba umieć je prowadzić. Ochoczo zgodziłam się przygarnąć biotopik z sali biologicznej, myśląc, że rybki będą mało absorbującą i jednocześnie piękną ozdobą pomieszczenia.
Co się okazało? Osoba, która oddała mi, wtedy jeszcze 45-litrowy, zbiorniczek, nie miała najzieleńszego pojęcia o prowadzeniu akwarium. Wyglądało ono mniej więcej, jak pojemnik z zupą z gupików przyprawionych dwoma zbrojnikami w środku. Milion ciągle rozmnażających się rybek plus brak podłoża i plastikowe ozdoby w środku. Zero oświetlenia. Cud, że był filtr, grzałka i kilka żywych roślin pływających sobie luzem między rybami i ich odchodami.
Ogólna masakra. Tak rozpoczęłam swoją przygodę z akwarystyką.

Bardzo szybko zaczęło okazywać się, że z akwarium jest coś nie tak. Rybki zdychały. Każdy głupi zorientowałby się, że tak nie może być.

Zaczęłam szukać pomocy. Jak każdy laik, nadzieję pokładałam w specjalistach ze sklepów zoologicznych. Robiłam zdjęcia, by pokazać, jak ma się sytuacja w moim akwarium. Otrzymywałam porady, jak zapobiec umieraniu rybek, które sprowadzały się do zmiany w karmieniu. Gdy nastąpił apokaliptyczny atak glonów, poradzono mi zlikwidować rośliny. Hmmm… Ciekawe, nieprawdaż?

Nic nie działało. W końcu sprzedawcy w „zoologach” zaczęli twierdzić, że widocznie rybki są słabe genetycznie przez chów wsobny. Oookeeey… Łykałam wszystko jak pelikan do momentu, w którym jeden z owych sprzedawców nie powiedział mi stłumionym głosem, że w sklepach zoologicznych z działem akwarystycznym mają jednego dostawcę i rybki słabe genetycznie; że poleca mi specjalistyczny sklep, który mieści się tu i tu. Tam mnie poprowadzą.

Tak trafiłam na ludzi z pasją, którzy nie tylko sprzedają rybki, ale mają wiedzę, jak dbać o akwarium. Pokierowali mną, gdzie zgłębiać wiedzę i oprócz ich porad zaczęłam czytać, czytać i jeszcze raz czytać o tym, czym jest prowadzenie akwarium.
Ktoś mógłby rzec, że gdy człowiek się za coś zabiera, niech najpierw dowie się, „z czym to się je”. No pewnie, łatwo powiedzieć. Teraz. Myślę, że wielu jest dzisiejszych wymiataczy akwarystycznych, którzy popełniali na początku jeszcze gorsze błędy niż ja. Wiadomo, że trzeba się edukować. Ale, gdy powszechnie krąży mit, że rybki jest mieć łatwo, siłą rzeczy człowiek w to wierzy. A już tym bardziej, gdy powie to sprzedawca w sklepie zoologicznym. Guzik prawda. Nie generalizując, oczywiście, w zoologach jest wielu ludzi bez pojęcia, przypadkowych, którzy z akwarystyką nie mieli nigdy do czynienia. Tak też powstają chociażby mity, że bojownik nie potrzebuje roślin i filtra; że zmienia się całą wodę w akwarium; że muszle to super pomysł; że ryby można trzymać w kuli; że welonki się w niej pięknie prezentują i można je mieć w 15 litrach. Zdechną? Kupi się nowe. W końcu to zabawki, nie żywe stworzenia. Można by tak wymieniać bez końca.

Ja trafiłam na akwarystów z prawdziwego zdarzenia, którzy nauczyli mnie, czym jest cykl azotowy, pokazali, jak sprawdzać parametry akwarium, jak hodować rośliny, i jak ważna jest umiejętność dobrania odpowiedniej obsady do akwarium. Obalili w mojej głowie wiele pokutujących w niej mitów.
Dzisiaj rozpoznają mnie na kilometr. Nawet w maseczce 😉 Pewnie myślą sobie: „Ciekawe, co tym razem?” ;p Żartuję. Akwarium mam już dwa lata i dwa razy większe. 72 litry. Jakiś czas temu dowiedziałam się od innego stałego bywalca mojej bazy akwarystycznej, że tego to się nie da nawet nazwać akwarium. To zbiornik zaledwie. Akwaria zaczynają się od 112 litrów. Już wiem, że przynajmniej takie chcę.

Nic mnie tak nie odpręża.